niedziela, 12 marca 2017

Z młodzieżą szkolną o lotnictwie



Spotkanie z młodzieżą szkolną o lotnictwie
            W poprzednim temacie o historii, kiedy opowiadałem dzieciom o losach stryja i latach okupacji niemieckiej w Polsce, wspomniałem dzieciom o swojej Kasi zdobywającej niemiecki czołg, co spowodowało wybuch śmiechu na sali. Ponieważ w poście jedynie nadmieniłem o tym, chciałbym więcej napisać o owym zdarzeniu.

Samochody pancerne, czołgi i z mechanizowany niemiecki sprzęt wojenny na rynku w Przecławiu. W tle niedokończona przed wojną budowa szkoły. Jednak naukę rozpoczęto w niej na parterze jeszcze przed wojną. W 1938 roku rozpocząłem w tej szkole naukę od 4-tej klasy. Natomiast 7-mą klasę ukończyłem w niej w 1942 roku. 
            Wydarzyło się to, kiedy na rynku małego miasteczka Przecław stacjonowały niemieckie czołgi, wozy pancerne itd.
Niemieccy oficerowie austriackiego pochodzenia na dziedzińcu zamku Reyów w Przecławiu. Pamiętam jak z tego dziedzińca na cały Przecław ryczała zwycięskie marsze niemiecka orkiestra wojskowa po zdobyciu Warszawy. Działały te melodie bardzo przygnębiająco.

Przed zajętym dla potrzeby niemieckich dowódców zamkiem Reyów w Przecławiu
 Niemcy przygotowywali  się wówczas do uderzenia na Związek Radziecki, swego ówczesnego przyjaciela z którym wspólnie podzielili się Polską. Znaliśmy ich zamiary, bo niemieccy żołdacy wyraźnie o tym mówili. Miałem wówczas 13 lat i nie chodziłem do szkoły, bo Niemcy pozajmowali na swój użytek szkołę i wiele innych budynków. Czasy były ciężkie, bo nie mieliśmy co jeść, nie było pieniędzy i brakowało na wszystko. Jedynie mały kawałek ziemi pozwalał nam przetrwać bez ojca, który na wiele miesięcy zamknięty był na Gestapo.

            Miałem wówczas ptaka – kawkę, którą dawniej w podarunku przyniósł mi skądś ojciec. Była oswojona do ludzi przebywając nawet w mieszkaniu. Latała bardzo nisko, a ojciec mówił że dlatego iż miała podcięte skrzydła. Była jedyną moją radością i przyjaciółką nazywaną Kasią. Przywykła tak do tego imienia, że reagując na mój głos przylatywała nawet z dużej odległości siadając mi zawsze na lewym ramieniu. Uwielbiała wszystko co się świeci, natychmiast to dziobała i porywała. Kiedy siedząc na moim ramieniu otwierałem usta, to ona niesamowicie zawzięcie dziobała moje zęby. Musiałem bardzo uważać żeby nie dziobnęła mnie w oko, bo także te błyszczały pobudzając jej wyobraźnię. Latała przeważnie w pobliżu domu unikając dzikich kawek, bo te nie wiadomo z jakiej przyczyny atakowały ją i biły. Jeśli odlatywała od domu, to tylko w moim towarzystwie.

            W tym trudnym okresie była w domu maszynka do napychania tytoniem tutek papierosowych. Wkładało się do niej tytoń, wsuwało w tutkę, wyciskało tytoń i papieros był gotowy. Chętnych do wymiany papierów za jajka, mleko i inne artykuły było tak wielu, że tylko brak tytoniu hamował ów proceder. Skorzystałem wówczas z pomysłu zbierania papierosowych niedopałków zwanych petami. Nie było innego sposobu jak tylko zbieranie ich od Niemców. Chodziłem więc wśród nich, pomiędzy ich pojazdami, czołgami oraz innym sprzętem zbierając porzucone pety. Miłość z Kasią była obopólna, czuła się bezpiecznie w moim towarzystwie. Zawsze tylko ze mną kręciła się wśród Niemców. Unikała jednak z nimi bliższych kontaktów reagując jedynie na mój głos.

            Był ciepły majowy dzień, kiedy zawołałem Kasię i poszliśmy zbierać pety. Żołdacy krzątali się porozbierani wśród swego sprzętu i nie robili nam krzywdy. W pewnym momencie zauważyłem, że Kasia poderwała się i z trudem wzlatuje trzymając coś w dzióbie. Ona z trudem latała, a to co miała w dzióbie było dość ciężkie. Uleciała zaledwie kilka metrów jak siedzący bez koszuli szwab poderwał się i z krzykiem pobiegł za Kasią. Kasi ciężko się leciało, ale dopiero po około 200 metrach upuściła zdobycz. Szwab podniósł to i zadowolony wrócił do swoich. Nie muszę ukrywać, że nie wiedziałem o co chodzi, biegłem za nimi i dopiero po upuszczeniu przez Kasię zdobyczy zobaczyłem, że były to kluczyki. Miał szwab szczęście, że Kasia nie mogła z ciężarem lecieć ponad płoty. Gdyby udało się Kasi dolecieć do domu, wówczas zdobyła by niemiecki czołg, który za kilka dni nie mógłby wyruszyć z Niemcami na podbój Związku Radzieckiego. Tak przedstawiała się walka mojej kochanej Kasi z hitlerowskim najeźdźcą.

             Po tej zabawnej opowieści dzieci ryknęły śmiechem. Cała sala zadrżała, a ja na zakończenie dodałem, że kilka miesięcy później moja Kasia zginęła w pożarze domu. Pożar był kolejną tragedią, po której wydarzyły się następne i jeszcze gorsze.

            Powyższą kwestię z Kasią potraktujmy jako dopełnienie poprzedniego tematu o wojnie i zesłańczych losach mojego stryja. Natomiast w następnym temacie wygłoszonym 7 marca opowiedziałem o historii powstania przemysłu lotniczego.

            Do spotkania ze mną zaproszono we Wrocławiu w szkole numer 26 kilka klas, a mianowicie klasy IV, V i VI. Ciężko mówić dzieciom o  trudnych sprawach lotnictwa, jednak istnieją sposoby, które mogą zainteresować. Ponieważ swoją opowieść oparłem na mojej książce „100 lat przygody Mielca z lotnictwem”, więc opowiedziałem dzieciom o Braciach Działowskich, którzy własnej konstrukcji samolotami, osobiście zbudowanymi, zdobywali najwyższe nagrody, czym tak rozsławili własne 4-ro tysięczne miasteczko Mielec, że mieszkańcy zbudowali tam własne lotnisko, a dalekowzroczne polskie władze usytuowały tam krajowy przemysł lotniczy zwany Centralnym Okręgiem Przemysłowym COP.

           
Podczas prezentacji opowieści o historii lotnictwa w Mielcu, obok siedząca żona Lidia Lenartowicz

Na wyświetlaczu obecnie produkowany w Mielcu śmigłowiec Black Hawk

Obok mnie dwójka wspaniałych uczniów szkoły 26 we Wrocławiu
 Opowiedziałem dzieciom o pasji jaką miał młody 14-letni chłopiec Stanisław Działowski, kiedy 100 lat temu zobaczył lotniczy balon wypuszczony przez austro węgierskich żołnierzy w celu obserwacji działań wroga podczas I Wojny Światowej.
            Został tym obiektem tak zafascynowany, że porzucił rodzinę i udał się za żołnierzami z balonem. Dotarł aż do Wiednia, gdzie zapłakanego wprost z ulicy przygarnęła pewna rodzina. Spełniła chłopca marzenia i umieściła go w szkole mechaników lotniczych, skąd po zakończonej wojnie w 1918 roku powrócił do rodzinnego Mielca. Jego ojciec, wielkopolski powstaniec zmarł dokładnie 11 listopada 1918 roku w dniu powrotu Stanisława i w dniu  kiedy Polska odzyskała niepodległość. Następnie młody Działowski wstąpił do Polskiego Wojska, gdzie w Bydgoszczy służąc w lotnictwie wykorzystywał zdobyte w szkole umiejętności. Wpajał w życie swoją pasję budując lotnicze konstrukcje. Do pomocy ściągnął swego brata Mieczysława służącego także w wojsku i wspólnie budowali lotnicze obiekty. Zbudowali motocykl, a następnie szybowiec, który okazał się rewelacją zdobywając nagrodę i dyplom wyróżnienia. Przeniesieni do 2-go Pułku Lotniczego w Krakowie dalej konstruowali i budowali samoloty. Zdobyli licencje pilotów, a ich 3 skonstruowane i zbudowane samoloty o nazwach DKD zdobyły na konkursie awionetek lotniczych pierwsze, trzecie i piąte miejsce. Zbudowali około 10-ciu samolotów DKD własnej konstrukcji i oblatali, a tylko niesprzyjające okoliczności sprawiły, że jeden z nich nie wszedł do produkcji seryjnej.
Na wyświetlaczu Stanisław Działowski podczas swej służby w Polskim Wojsku


Dwaj Bracia Działowscy
           
Na wyświetlaczu szybowiec konstrukcji Działowskich
 

Jeden z samolotów DKD konstrukcji Braci Działowskich na wystawie w Poznaniu
 Często przylatywali do swego rodzinnego miasta Mielca, a Mielczanie zafascynowani ich sukcesami budowali własne lotnisko. Na uruchomionym przy wydatnej pomocy Działowskich lotnisku organizowano zawody lotnicze i pokazy, w których Działowscy brali udział.
Na Wyświetlaczu budowa lotniska turystycznego w Mielcu powstałego przy wydatnej pomocy Braci Działowskich i społeczeństwa Mielca

Przylatywały do Mielca samoloty, a miasto wydało bankiet na cześć Działowskich. Sukcesy Działowskich stały się znane w kraju. Można śmiało powiedzieć, że ich sukcesy wraz z rozbudzoną w Mielczanach świadomością lotniczą stały się języczkiem u wagi, kiedy decydowano o lokalizacji COP i usytuowaniu fabryki samolotów w Mielcu. Tak też się stało i wkrótce w powstałych w Mielcu Polskich Zakładach Lotniczych (PZL) zaczęto budować rodzimej konstrukcji samoloty. Jeszcze przed II Wojną Światową zbudowano tam kilkanaście samolotów PZL 37 Łoś.
Na wyświetlaczu widoczni z lewej Stanisław, a z prawej Mieczysław Działowski podczas służby wojskowej w II Pułku Lotniczym w Krakowie

Po wybuchu wojny Stanisław Działowski przedostał się z wojskiem do Anglii, gdzie walcząc z Niemcami został zestrzelony i po dłuższym leczeniu zmarł zostając pochowany na jednym z angielskich cmentarzy.

            Taką historię skrótowo dzieciom opowiedziałem, a one jak widać na zdjęciach uważnie słuchały. 

Dzieci szkoły 26

Nie nudzą się, a nawet zgłaszają, aby zapytać

Nawet niewiele rozmawiają między sobą

Chyba nawet są zainteresowane tym co mówię

Czyżby zainteresowanie wzrosło?

Stojąca Pani Iwona Kowalik bardzo mi pomagała. Robiła zdjęcia, film, a następnie umieściła je na internetowej stronie szkoły. Siedząca była dyrektor szkoły śledziła bardzo uważnie to co mówiłem.

Dzieci były mi bardzo wdzięczne i grzeczne, co świadczy że sprawiają nauczycielom miej kłopotów, a rodzicom radość

Pokazałem na mapie wyświetlacza gdzie leży Mielec.
Pokazałem na mapie zaznaczony punkt, gdzie leży Mielec
 Pani Iwona Kowalik operowała laptopem wyświetlając wykonaną przez nią prezentację na wyświetlaczu. Robiła zdjęcia przedstawione tutaj. Na szkolnej stronie zamieściła tekst o spotkaniu i film, z czym można się zapoznać klikając : LINK Należy się jednak wyjaśnienie do tekstu Pani Kowalik. Nie dane było mi być pilotem. Jeśli latałem będąc w wielu krajach, to tylko jako mechanik.

            Po opowiadaniu o Działowskich pokazałem zdjęcia samolotów produkowanych w Mielcu oraz zdjęcia dotyczące Działowskich i ich samolotów.
Na wyświetlaczu jeden z pierwszych samolotów odrzutowych Lim produkowanych w Mielcu na Radzieckiej licencji
Na wyświetlaczu samolot AN-2 mogący startować i lądować na wodzie produkowany po wojnie w Mielcu.
Samolot An-2 do celów rolniczych i agrolotniczych produkowany w dużych ilościach w Mielcu do Związku Radzieckiego
Na wyświetlaczu samolot odrzutowy myśliwski polskiej konstrukcji produkowany w Mielcu dla potrzeb Polskiego Wojska od lat 60-tych i używanych przez wojsko do obecnej chwili
Na wyświetlaczu obecnie produkowany w Mielcu śmigłowiec Black Hawk. Produkuje go amerykański koncern Sikorsky przejęty obecnie przez koncern  Locked Martin

Opowiedziałem o swojej pracy w Mielcu i zagranicznych podróżach tam, gdzie znajdowały się nasze samoloty. Powiedziałem także w kilku słowach o agrolotnictwie. Oprócz dzieci słuchało kilka nauczycielek.

            Na zakończenie odpowiedziałem na kilka pytań, co świadczyło o zainteresowaniu. Były podziękowania, pochwały, a jeden z uczniów wręczył mi w prezencie bombonierkę.

            Czas pokaże na ile udało mi się zainteresować lotnictwem młodych obywateli przyszłej Polski.

            Chętnych poznania historii przemysłu lotniczego informuję, że książkę pt. „100 lat przygody Mielca z lotnictwem” można nabyć w księgarni Dębickich w Mielcu oraz osobiście u mnie. Dotyczy to także drugiej mojej książki pt. „Notatnik syberyjskiego zesłańca” na której oparłem poprzednie wystąpienie w szkole. Opisałem w niej tragiczny los stryja, który z zesłania dotarł do Armii Andersa i zginął.   

            Należy także wspomnieć, że przed feriami zimowymi, podobne spotkanie jak moje, miał dr Stanisław Maksymowicz – były wychowawca młodzieży na AWF i pilot. Pokazał dzieciom strój pilota i spadochron, czym bardzo zainteresował uczniów. Czeka jeszcze uczniów spotkanie z Stanisławem Błasiakiem – twórcą klubu lotników Loteczka. On zapewne więcej niż ja uczniom opowie. Latał jako pilot zawodowo w PLL LOT i posiada ogromne doświadczenie lotnicze, a jeszcze większe jeśli idzie o lotniczą historię.

Moja żona Lidia przed budynkiem szkoły 26 we Wrocławiu
            Pozostaję z ogromnym szacunkiem dla wszystkich czytających ów tekst. Przepraszam jeśli uznacie zbyt długą moją opowieść.

Teofil Lenartowicz

Wrocław, dnia 12 marca 2017

             

czwartek, 9 marca 2017

Spotkanie z młodzieżą



Wśród szkolnej młodzieży
            Tak się złożyło, że po wielu latach ponownie zjawiłem się w szkole. Nie muszę w tym miejscu tłumaczyć że nie jako uczeń, lecz w tym celu aby opowiedzieć dzieciom o tym co wiem z historii. Pragnę w tym miejscu wyjaśnić, że zobowiązałem się do tego przed klubem lotników "Loteczka", do którego zwróciła się szkoła nr 26 we Wrocławiu. Przedstawiciele szkoły poprosili zarząd klubu, a ja zobowiązałem się wówczas, że opowiem o napisanej przez siebie książce pt. Notatnik Syberyjskiego Zesłańca. Takie samo zobowiązanie złożyłem, że opowiem o lotnictwie na podstawie napisanej przez siebie drugiej książki pt. „100 lat przygody Mielca z lotnictwem”.

            Oba tematy wydawały mi się zbyt trudne, jak dla dzieci szkoły podstawowej i dlatego musiałem swoje wystąpienia tak przygotować, aby zainteresować dzieci do wysłuchania.

            Pierwszy temat wygłosiłem 3 marca i o tym pragnę napisać. W swej książce pt. „Notatnik Syberyjskiego Zesłańca” opisałem losy swego stryja, który po amnestii dotarł z Syberii do Armii Andersa. Na kilku kartkach notesu zapisał swe przeżycia, a po jego śmierci przysłano ów notes wraz z innymi pamiątkami. Na podstawie notesu, przysłanych pamiątek, zdjęć, własnych dociekań i wspomnień w publikacjach, odtworzyłem jego losy opisując w książce. O tym właśnie opowiedzieć miałem dzieciom.

            Zdawałem sobie sprawę, że dzieci nawet z najstarszych klas nie mają pojęcia o wojnie i co się wówczas działo. Musiałem je jakoś zainteresować, aby zachęcić do słuchania. Opowiedziałem im o Ziemi Mieleckiej, gdzie jako dziecko spędziłem okupację niemiecką w małej mieścinie Przecław. O swej ciężkiej pracy, ucieczce z transportu do Niemiec, ciągłym kryciu się przed łapankami, o uwięzieniu przez Gestapo Ojca, a w końcowym efekcie jego zabicia. Następnie w ogromnym skrócie opowiedziałem losy stryja. Zdziwiłem się że dzieci z zainteresowaniem słuchały. Pomyślałem sobie, że wiele łatwiej dotarłbym do dzieci w Przecławiu czy w Mielcu, gdzie znają miejsca, a może losy o których wspominałem. Najbardziej jednak zainteresowały się i rozbawiły, gdy powiedziałem im w jaki sposób moja Kasia zdobywała niemiecki czołg. Jest to śmieszna historia chociaż prawdziwa, jednak zbyt długa, aby ją tutaj przytaczać.

          Podpierałem zdjęciami to o czym mówiłem, a wyświetlane było na wyświetlaczu z laptopa operowanego przez nauczycielkę Iwonę Kowalik. Pani Iwona zamieściła film pod linkiem na You tube. Możemy go obejrzeć klikając na link.
   Robiła także zdjęcia, podobnie jak moja żona Lidia. Zdjęcia poniżej prezentuję. Dzieci podczas pożegnania dziękowały mi i odniosłem wrażenie, że pewne kwestie dotarły do nich. Nauczyciele i będący ze mną z Loteczki Jan Mikołajczyk mówili, że dzieci były zachwycone. Przyjąłem pochwały jako rodzaj komplementu pod moim adresem. Jednak fakt, że cały czas była na sali cisza świadczyło o ich zainteresowaniu.

























            W następnym spotkaniu z dziećmi opowiem o lotnictwie. A mianowicie o tym jak młody 14-letni chłopiec swoją lotniczą pasją doprowadził do tego, że po latach jego małe miasto stało się potężnym zakładem przemysłowym budowy samolotów.
 Pragnę też na koniec poinformować, że książka o której mówiłem pt. „Notatnik Syberyjskiego Zesłańca” jest dostępna w księgarni Dębickich  w Mielcu, a także osobiście u mnie. Dostępna w podobny sposób jest też druga moja książka pt. „100 lat przygody Mielca z lotnictwem”.

            Pozostaję do następnego spotkania z moją opowieścią.

Teofil Lenartowicz
Wrocław, 10 marzec 2017